sobota, 30 października 2010

Kino akcji

Pewnie większość z Was to już widziała, ale wrzucam, żeby było pod ręką. 
Małe polskie "jajo" podczas przesłuchań do zespołów uwielbienia :D

 Pozdrawiam :)

środa, 27 października 2010

Myślę...o myślach...

Kilka wolnych myśli z ostatniego tygodnia, złapanych podczas niedzielnego nabożeństwa i zajęć szkolnych:

  • Chcesz wiedzieć gdzie dojdziesz, zanim wyruszysz - to NIE JEST wiara!
 Tak często modlimy się do Boga o objawienie Jego woli dla nas, nawet, gdy widzimy jakiś kierunek. Czekamy, aż będziemy znali wszystkie szczegóły. Potrzebujemy tego dla naszego bezpieczeństwa...ale, czy to naprawdę bezpieczne? Tak naprawdę chyba chodzi o zakrycie naszych obaw. Wydaje nam się, że jak będziemy wiedzieli wszystko, to łatwiej nam będzie działać. Ale to przecież Bóg wie ile musimy wiedzieć w danym momencie. A bezpieczeństwo? ? ? Czy może być coś bardzie bezpiecznego, niż bycie w centrum Jego woli, bycie prowadzonym przez Niego? Nawet jeśli nie widzisz przed sobą celu, ale znasz kierunek, to ruszaj! Nie pozwól, żeby łaska przeznaczona dla Ciebie poszła SAMA w tamtym kierunku. Owszem, zostaniesz w bezpiecznym miejscu...chociaż bez łaski...a może to już wtedy nie będzie miejsce bezpieczne???
  • Boże obietnice są ważniejsze i bardziej pewne niż okoliczności! ! !
Czyli po prostu wiara w najczystszym wydaniu. Zastanów się nad tym przez chwilę... to zdanie, to najprawdziwsza prawda. Ile razy zaufałeś bardziej okolicznościom? Przerażające, co nie? Nigdy więcej ;)
  • Czasem czekamy aż coś się stanie, a nie zauważamy, że to już się DZIEJE!
No właśnie. Prosisz Boga, żeby coś zmienił w Tobie, modlisz się, błagasz, spędzasz godziny wiercąc Mu dziurę w brzuchu, stosujesz wszystkie "środki biblijnego przymusu" (korzystasz ze wszelkich możliwych obietnic ze Słowa), pościsz, płaczesz... jesteś tak zafixowany na Twoim oczekiwaniu wielkiego BUM, cudu, po którym się zmienisz, że nie widzisz jak Tata w tobie pracuje krok, po kroku, niezauważalnie... efekt widzisz dopiero w akcji ;)

wtorek, 26 października 2010

Bóg uzdrawia! ! !

W Uppsali (do wczoraj) wszędzie przemieszczałem się za pomocą dwóch kółek połączonych ramą, napędzanych siłą moich (całkiem okazałych po roku chodzenia na siłownię) mięśni. Zwie się to tutaj rowerem ;). 
Niedługo po przyjeździe podczas jazdy (czyli przynajmniej dwa razy dziennie) bolało mnie lewe kolano. Dziwnym to było wielce, gdyż nigdy wcześniej nie miałem takich problemów. Niemniej w pewnej książce, napisano, że Jezus uzdrawia. A dokładniej już mnie uzdrowił z wszelkiej choroby! Dlaczego zatem nie spróbować? Akurat przydarzyła się okazja "wypróbowania" prawdziwości Bożego Słowa. Jechałem na spotkanie w kościele, podczas którego miała być modlitwa za chorych (kolano bolało...dość mocno), wyszedłem do modlitwy, nałożono na mnie ręce... NIC NIE POCZUŁEM. I tu pozostawała przestrzeń do decyzji - "Uwierzysz, że jesteś uzdrowiony?" (wszystko, co napisane w Słowie zostało spełnione), czy nie uwierzysz, bo "nic się nie stało"... Zdecydowałem się wierzyć - kolano nie boli już chyba trzeci albo czwarty tydzień ALLELUJA! ! !

Druga sytuacja była nieco inna.
Przed jednym ze spotkań skończyłem pracować na komputerze i wyłączyłem go jak zwykle (nie czekałem, aż wszystkie lampki zgasną, tylko schowałem go do plecaka) Po jakichś 2-3 godzinach po powrocie do domu wyjąłem komputer, który był BARDZO gorący, można było się poparzyć. Jak powszechnie wiadomo, takie zjawiska nie są zbyt korzystne dla sprzętu elektronicznego. Komputer włączał się... tylko do pierwszych ekranów, windowsy nawet nie zaczynały się ładować. Wyglądało na to, że coś się spaliło (jakaś pamięć, jakiś dysk...cokolwiek) Wyjąłem, co mogłem z komputera,żeby zlokalizować i nic, próbowałem ładować, włączać go, testować na różne sposoby. Przez trzy dni komputer pozostawał w grobie ;).
Nadszedł poranek dnia trzeciego... w zasadzie popołudnie, akurat czytałem Pismo... krótko się pomodliłem: "Boże, Ty wiesz, że potrzebuję tego komputera, nie jako zabawki, ale narzędzia. Wierzę. W Imieniu Jezusa włącz się! ! !"... komputer się odpalił bez problemu. Działa do dzisiaj o czym zaświadczam pisząc za jego pomocą tego bloga :)
BÓG JEST WIELKI! ! ! A sprawiedliwy z wiary żyć będzie! ! ! Jemu chwała.






To nasza brygadka... ja, jak to zazwyczaj bywa, z drugiej strony foto aparatury ;)

poniedziałek, 25 października 2010

No dobra, wymiękłem ;)

Tak, przyznaję się bez bicia - wymiękłem. Na początku zakładałem, że nie będę zakładał. Bloga oczywiście... bo to na to ani czasu nie ma, a i ochoty też nie zawsze... no i przecież co ja tam będę pisał... 
Ale stało się... pękłem.
Dzieje się tutaj tak dużo, że stwierdziłem kwitnącą we mnie potrzebę podzielenia się tym ze światem. Wobec tego świecie, czuj się podzielony ;)
O czym będę pisał. Sam nie wiem, ale niewątpliwie istotną częścią tego bloga będzie miejsce w którym obecnie przebywam, czyli Uppsala, Szwecja. Przyjechałem tu na Szkołę Biblijną i jedno mogę powiedzieć - nie żałuję! ! !

Dlaczego taki tytuł i o co w ogóle chodzi? 
Zacznę od tego, że nie chodziło o to, że zmieniam się w Szweda, co to, to nie (wtedy napisałbym "szwedziejĘ"). 
Szwedzieje może być połączeniem słów "Szwecja" i "dzieje", czyli w wolnym tłumaczeniu szwedzkie dzieje. Dzieje można również kojarzyć z Dziejami Apostolskimi (to taka księga w Biblii, zaraz po ewangeliach). Taka interpretacja nie byłaby zła, dlatego, że faktycznie doświadczam tu takich rzeczy, które mogłyby spokojnie znaleźć się w tej właśnie księdze.
Ciekawym wydaje się także bliskość brzmieniowa ze zwrotem "się dzieje"... myślę, że sensu tytułowego tytułu należy się doszukiwać gdzieś pomiędzy tymi interpretacjami.
No dobra, chyba starczy jak na pierwszy raz.
Aha, jeszcze jedno. W związku z tym, że sporo się już działo przez półtora miesiąca mojego tu pobytu, to posty mogą nie pojawiać się w chronologicznej kolejności. Po prostu baaardzo chcę się z Tobą drogi "czytaczu" tym, co się TUTAJ działo.
Zapraszam serdecznie :D